Kamil Nosel ponownie sprawdza cierpliwość słuchaczy w telefonicznym żarcie. Tym razem jego celem stał się pan Bartłomiej, który przygotowywał się do wylotu na narty do austriackiego Innsbrucka. Prowadzący, podając się za pracownicę działu spraw lotniczych, przedstawił pasażerowi serię wymyślonych i wyjątkowo uciążliwych wymagań dotyczących transportu sprzętu sportowego.
Absurdalne zasady transportu nart w najnowszej wkrętce
Nosel przyjął, że sprzęt narciarski nie może lecieć tym samym samolotem, co jego właściciel. Dziennikarz, jako pracownica lotniska, poinstruował pana Bartłomieja o konieczności stawienia się na lotnisku o poranku, wiele godzin przed własnym lotem. Celem było nadanie nart na wcześniejszy rejs do Innsbrucka, co wprowadziło ogromne zamieszanie logistyczne. Sytuację dodatkowo skomplikowała fałszywa sugestia, że system rezerwacyjny lotniska odnotował zgłoszenie aż ośmiu par nart zamiast jednej. Dalej było tylko śmieszniej. Posłuchajcie tego odcinka podcastu.
Czytaj też: Masz problem ze snem? Ekspert wskazuje na proste nawyki
Co się dzieje z nartami po wylądowaniu w Innsbrucku?
Prawdziwe wyzwanie dla pana Bartłomieja pojawiło się, gdy dowiedział się o procedurach odbioru bagażu. Zgodnie z relacją prowadzącego, narty po dotarciu do Austrii miały czekać na taśmie bagażowej zaledwie przez dwie godziny. Po tym czasie, jeśli nikt by ich nie odebrał, miały niezwłocznie trafić do biura rzeczy znalezionych. Problem polegał na tym, że pan Bartłomiej miał lądować w Innsbrucku znacznie później niż jego sprzęt. Taka procedura zmusiłaby go do znalezienia kogoś na miejscu, kto mógłby odebrać bagaż w jego imieniu, co w rzeczywistości byłoby skrajnie niepraktyczne.
Zobacz także: Żyją poza systemem. Mówią o własnych zasadach i pomyśle na siebie