Historia zaczyna się od wyjazdu Piotra Pytla do Niemiec i napadu z 2004 roku. Polak brał udział w planowaniu rabunku, ale to jego nastoletni wspólnik zabił pracownicę seksualną. Mimo to niemiecki sąd skazał Pytla na dożywocie. Wyrok zapadł bez dowodów biologicznych potwierdzających obecność oskarżonego na miejscu zbrodni, a w samym śledztwie popełniono błędy proceduralne. Sprawę zamknęła dopiero interwencja polskich władz państwowych w 2026 roku.
Czytaj też: Seria morderstw na warszawskich osiedlach. Kim był Wiesław Wiszniewski?
Zeznania współwięźnia jedynym dowodem w sprawie
Jedynym dowodem obciążającym Pytla były słowa Paula Luvingo – oszusta finansowego, który dzielił z nim celę. Mężczyzna zeznał, że Polak przyznał mu się do morderstwa. Niemiecki sąd uwierzył w tę relację, chociaż śledczy nie znaleźli DNA Pytla w apartamencie ofiary. Luvingo złożył obciążające zeznania, ponieważ liczył na złagodzenie własnego wyroku za przestępstwa finansowe. To na podstawie jego relacji zapadła decyzja o dożywociu dla Polaka.
Zobacz także: Paulina Ozga chciała ratować dziecko. Zapłaciła za to najwyższą cenę
Przyznanie się prawdziwego sprawcy i ułaskawienie
Piotr Pytel pozostał w więzieniu przez kolejne 16 lat po zatrzymaniu prawdziwego sprawcy. Tomasz W. przyznał się do zabójstwa i oczyścił wspólnika z zarzutu morderstwa. Polskie sądy nie mogły jednak same zmienić zagranicznego wyroku, a strona niemiecka odmawiała wznowienia postępowania. Mężczyzna wyszedł z zakładu karnego dopiero w sierpniu 2026 roku, po zaangażowaniu ministra sprawiedliwości i ułaskawieniu przez prezydenta. Bezpośrednio po opuszczeniu więzienia Pytel pojechał na Jasną Górę. Obecnie przebywa na wolności pod dozorem kuratora.
Czytaj też: "To ja zabiłem pani tatę, przepraszam". Prawda wyszła na jaw po 30 latach